sobota, 4 września 2010

Chinatown

Stał na ulicy i płakał. Przecierał wstydliwie kłykciami oczy i – nie będąc w stanie zrobić kroku – tkwił bezradnie pośród tłumu, pogrążony w swojej niedoli. Ile miał lat? Tutaj, z tą dziecinną szczerością wymalowaną na twarzach, wszyscy wyglądają dużo młodziej. Ale na Upper Cross Street mieszkają tylko starcy. Co najwyżej w którejś z ulicznych jadłodajni pojawi się jakiś robotnik, by pochłonąć szybko porcję makaronu za trzy dolary. Czasem z pobliskiego centrum handlowego w kierunku Havelock Road przemknie na szpilkach Chinka w krótkiej, białej sukience. Nie wiem czy to zmęczenie, czy wiek, czy zamyślenie – ale nawet wtedy nie podnoszą się głowy mężczyzn notorycznie zapatrzonych w tajemnice chodnikowych płytek. No i jeszcze on – nowy, może dwudziestoletni, sprzedawca gazet, przekłuty do elektrycznego wózka. Przewieszony przez lewą poręcz zachęca na wpół błagalnie do kupowania, wymachując koślawą ręką na wysokości kolan przechodniów. Ale nie widziałem, by ktoś zatrzymał się, poprosił o dawkę dzisiejszych wiadomości o niczym. Tak jak nigdy nie widziałem, by ktoś kupował cokolwiek od siedzącej niedaleko karłowatej staruszki z wielkim liszajem na policzku, sprzedającej owoce i podkoszulki. Tu powodzenie ma chyba tylko sprzedawca durianów. Przy kilku plastikowych, niegdyś białych stolikach, zawsze widać kogoś z zadowoleniem bezzębnie ciamkającego smrodliwy galaretowy miąższ. Lokalny rarytas warty trzech solidnych obiadów.

Tak, w tym mieście milionerów, jest również i bieda. Nieco nieśmiała, przygarbiona, trochę nie na miejscu, bo w końcu w bezpośrednim sąsiedztwie drapaczy chmur, gdzie drapacze po tyłkach, w swych niebieskich koszulach pracują na swoje kariery, fortuny i zawały. Anonimowa i bezgłośna. Tkwiąc pomiędzy usytuowanymi nad rzeką drogimi hotelami a słynnym City, nie dorobiła się nawet statusu atrakcji turystycznej – nie odwiedzają jej fotoamatorzy, mylący biedę ze sztuką. Oglądana jednie przez okna pędzących taksówek. Ale z nich nie zobaczy się starca siedzącego codziennie pod słupem i głaszczącego sennego, chudego kociaka, nie poczuje się symfonii zapachów wydobywających się z licznych jadłodajni, nie zobaczy się jego oczu, tak przepełnionych pustką, że gdyby nie łzy, dałoby się w nich chyba zobaczyć czaszkę.

Kiedy godzinę później wracałem do domu, wciąż tam stał, niezmienny w swej pozie, zastygły. Jednodniowy, niespostrzeżony pomnik, marna atrakcja, zawalidroga. Któż miał patrzeć? Zaraz obok przyblokowy plac zabaw, zawsze pozbawiony dzieci. Na ławkach nieruchome postacie, mężczyźni bez podkoszulek, palący powoli skręty, kobiety z balkonikami na spacerze wokół zardzewiałej karuzeli. Twarze przedziwne, tak często zniekształcone – tu ogromny napuchnięty policzek, tam dziura po oku, tam znowu blizna na pół czoła. A jak nie twarz to garb, korpus nieproporcjonalnie krótki do szczudlastych nóg, stopy wykręcone jakby chciały iść w bok. Niema, cichutka umieralnia.

Ale to tylko kwestia czasu – Singapur dzielnie walczy. Od lat nie ma tu komarów, karaluchom wypowiedziano wojnę, szczury, nie mogąc znieść sterylnej czystości, dały za wygraną. Kiedyś zatem i na te kościste, bezużyteczne próchna przyjdzie pora. Może uda się je wykorzystać jako surowiec wtórny albo przynajmniej wywieźć gdzieś za miasto, by nie przeszkadzały. Szkliste, łzawe oczy na wysypisku wpatrzone w niebo dla bogatych.