Marzanna? No tak prawie. Tyle tylko, że w październiku, tyle tylko, że z wywalonym na wierzchu, krwawym językiem, pośród huku petard i bębnów. Kalkuckie Diwali – dzień trzeci. Późnym wieczorem (hmmm – jak go odróżnić od wczesnej nocy?) procesje ciężarówek snują się przez miasto. Na każdej z nich – obowiązkowo – posąg bogini Kali. Na każdej z nich – krewni i znajomi, ścisk taki, że ci przy burtach mają wyłupiaste oczy. Co bogatsze ciężarówki oświetlone mocno reflektorami – zasilanie do nich pobierane z agregatorów, które, paradoksalnie jadą za ciężarówkami na rowerach, pchanych przez wychudzonych nieszczęśników. Policja dyryguje ruchem. Procesje mają wszędzie pierwszeństwo. Rada miasta uchwaliła tylko w jakich godzinach mogą się przemieszczać – by zachować względny ład w i tak zakorkowanym mieście. Uchwalono też maksymalną wysokość posągów – by nie zrywały linii elektrycznych, luźno porozrzucanych między domami. Kiedy procesja zwalnia (na przykład przy skrzyżowaniach), rodziny zeskakują z ciężarówek i odprawiają popisowy taniec. Czasem muzycy i reprezentanci rodzin kroczą przez cały czas dumnie przed ciężarówkami. Każda rodzina wybija własne rytmy – z oddali istna kakofonia, z bliska – zgrany i szybki rytm.
Pchany ciekawością podążam za całą procesją, trzymając się możliwe najbardziej z boku, próbując nie przeszkadzać w lokalnym obrzędzie. Nie da się. Samotny turysta zawsze się gdzieś wkręci, a jeśli nie – zostanie wkręcony. Nawet nie wiem kiedy grupa starszych mężczyzn łapie mnie za ręce i ciągnie w tłum. Wsadzają mi w dłonie jakiś religijny symbol na długim kiju i wypychają na czoło swojej rodzinnej procesji. Co chwila ktoś tylko poucza mnie, bym dziarsko podrygiwał w rytm bębnów. A do tego mnóstwo klepań po plecach, uśmiechów i tradycyjnych pytań o imię i kraj. Odpowiadam zwykle że jestem z Indii – i tak nikt nie słucha odpowiedzi. Albo nie słyszy – w ogólnym harmidrze.
No i wreszcie wyjaśnia się o co chodzi. Docieramy nad rzekę Hooghly – bądź co bądź odnogę świętego Gangesu. Na brzegu mnóstwo ludzi, część mocno pogrążona w modlitwie. Od strony ulicy co rusz nadciągają kolejne posągi zdjęte z ciężarówek. Mężczyźni uginają się pod ich ciężarem. I tak – jedne po drugiej boginie Kali lądują na plecach w rzece i odpływają z jej nurtem. Rodziny szybko obmywają się i odchodzą, robiąc miejsce dla następnych. Procesja liczy bowiem przynajmniej kilkaset ciężarówek. Zajmuje kilka godzin, nim ostatni dochowają tradycji.
Do ostatniego obrzędu nie zostałem dopuszczony. Na krótko nim doszliśmy do rzeki, rodzina z którą wędrowałem i (nazwijmy to) tańczyłem – wyściskała mnie i podziękowała. To co było dalej – było już bardziej osobiste. Nie dla niewiernych. Ale miałem możliwość obserwowania z boku. Później, kiedy już sennie wlokłem się przez ulice do hotelu, zostałem (nie wiem jak!) odnaleziony przez tych samych ludzi i zaproszony na szybką herbatkę. A później – znów długi i samotny spacer a obok mnie ciągnęła się, jakby w nieskończoność, procesja tych, którzy jeszcze nie spławili swojej Kali. Przy drodze, co jakiś czas, leżały nieszczęsne roztrzaskane posągi, które niefortunnie pospadały z ciężarówek, nim dotarły do rzeki.



