środa, 1 października 2008

Sycylia - raj na wulkanie

W miniony weekend (przedłużony o dwa dni) wyskoczyłem na słoneczną Sycylię. Warto było! Pogubione w "gdziebądziu" starogreckie ruiny (właśnie tak - greckie, nie rzymskie), zatrzymane w czasie wioseczki i przepyszne jedzonko. Mafii nie spotkałem :-) Wybrzeże też ciekawe - lazur wody, etc - ale dość komercyjne. Smaczki są w głębi wyspy. Sporo miasteczek budowanych jest na szczytach gór, na które wjeżdża się ostrymi serpentynami. Inne wybrały sobie zbocza wzgórz. Każdy rząd domów jest o kilka metrów wyżej od poprzedniego a chodniki to niekończące się schody. Jedynie jazda samochodem po tych miasteczkach przyprawiała o ból głowy, zwłaszcza gdy doda się do tego (południowo)włoską „kulturę” jazdy. Zwieńczeniem całego wypadu było wejście na szczyt dymiącej Etny (trochę ponad 3200m npm). Mimo że na wybrzeżu wciąż jest całkiem ciepło, szczyt pokryty jest śniegiem. Wszędzie też widać ślady świeżych erupcji a z krateru regularnie zawiewa siarkowym odorem. Góra bardzo ciekawa. Ja nie miałem szczęścia do pogody ale i tak jestem zadowolony. Udało mi się podpiąć pod szczytem do wycieczki włoskich trekkerów. Szli z dwójką wulkanologów mówiących o dziwo w lengłidżu, wiec można było się to i owo dowiedzieć. Włosi zachowywali się bardzo luzacko. Tarzali się w śniegu, rzucali śnieżkami, co chwila ktoś kogoś zaczepiał, przewracał itd. (wszyscy byli przynajmniej po czterdziestce). Byli bardzo mili dla mnie. Po raz kolejny doświadczam tego, że Włoch będzie albo traktował obcokrajowca jak śmiecia albo jak członka rodziny - nigdy pomiędzy. Na południu odczuwa się to jeszcze bardziej.

Brak komentarzy: