I tak oto zakalkuciło mi się w życiu – nowy rozdział, rozpoczęty ciekawym przelotem Emirates Airlines. Takich cudów na pokładzie jeszcze nie widziałem – na indywidualnych monitorkach odbierać można obraz z kamer na zewnątrz samolotu, do wyboru kilkadziesiąt filmów, etc. A na pokładzie – sami Hindusi, hinduskie jedzenie, hinduska muzyka i... chińskie stewardesy. Arabów jak na lekarstwo, mimo że lot przez Dubaj.
Kalkuta jest świeżo po monsunie. Wciąż odnaleźć można podtopione ulice. Widok bosonogich rikszarzy ciągnących wysokie dwukółki jest dość częsty – to ostatnie miejsce w Indiach, gdzie tego typu riksze przetrwały. Przed moim przyjazdem znajomi Hindusi z Mombaju i Hyderabadu straszyli mnie, że Kalkuta to najbrudniejsze miasto w kraju. Jak na razie nie zauważyłem, by odbiegało od standardów. Pierwsze wrażenie raczej sympatycznie. Zamieszkałem w centrum, w okolicach New Markt. Zapchane do granic możliwości uliczki pełne straganów z ciuchami, paskami, okularami, walizkami i starymi czasopismami. Wszystko odświętnie ustrojone, upstrzone światełkami i girlandami – trwają przygotowania do Diwali – głównego hinduistycznego święta.
Pierwszy spacer po okolicach. Kilka kin (trzeba koniecznie pójść!), stacja metro (pierwsze w Indiach), główny dworzec autobusowy i kilkanaście zaczepień, ofert sprzedaży, pytań o pieniądze, etc. Wszystko w normie – znów jestem w Indiach! Tu zawsze warto wracać...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz