wtorek, 28 października 2008

Hare Diwali Amen

Wszystkiego najlepszego z okazji Diwali - święta świateł. Może to też być i święto krwi - zważywszy na ilość ofiar ze zwierząt. Słowo "kozioł ofiarny" nabiera tu bardzo dosłownego znaczenia. Zabite zwierzę zabiera od nas nasze winy i złe myśli. Diwali podglądałem głównie w świątyni Kali. Zarówno rano jak i wieczorem. Wieczorem można zobaczyć pełen obraz święta. Wszędzie płoną świece, na niebie rozbłyskują fajerwerki, zewsząd dobiega muzyka. Chaos, a raczej - burdel zupełny. Ale widać po Hindusach, że przeżywają to i w głębi ducha się modlą. Obserwatorowi z zewnątrz ciężko to ogarnąć ale wygląda to interesująco.

Ciekawostką samą w sobie jest kalkuckie metro. Czyste i schludne. Wygląda zupełnie inaczej niż świat na zewnątrz. Jest tylko jedna nitka, wiec trudno się pogubić. Bilety, jak dla nas, tanie jak barszcz (około 0,1euro) jednak to i tak za dużo by mogli tym jeździć biedacy. Dlatego w wagonach widać przede wszystkich szczury klasy średniej - wszyscy w koszulach, tylko jeden ja w krótkich gaciach i t-shircie. W wagonach są oddzielne miejsca dla kobiet. Wielką pomyłką byłoby tam usiąść. Kobiety siedzą w środku wagonu, mężczyźni po bokach. Dzięki temu mogą sobie bezkarnie łypać na kobitki i robią to ostentacyjnie. Aha - porobiłem statystyki - na dziesięciu Hindusów z metra, ośmiu ma wąsy...

W środku dnia pospacerowałem nad świętą rzekę Hooghly, gdzie mają być ghaty - miejsca rytualnych ablucji i pogrzebów. Wyobrażałem to sobie jako wyselekcjonowane i zadbane miejsce, może na terenie jakiejś świątyni (jak to jest np. w Katmandu). Gdzie tam! Obok przystani promowej, pośród łodzi i pływających w wodzie butelek, śmieci, nadgniłych roślin, gówien i wszystkiego co tylko może pływać, ludzie obmywali się w skupieniu i modlili. Oni chyba mają fantastyczną zdolność izolowania się od otoczenia. Na swoim metrze kwadratowym, który aktualnie zajmują, mają swój świat i nic więcej ich nie obchodzi.

W drodze powrotnej załapałem się na jakiś "koncert" w stylu harikriszna. Stanąłem sobie grzecznie z boku ale się nie dało – każdy chciał pogadać z białą małpą z Holandii (tradycyjne rozumieli „Holland" zamiast "Poland"). Posadzili mnie w pierwszym rzędzie, nakarmili ryżem z orzeszkami i rodzynkami i kazali śpiewać coś w stylu „rama narama ram". Podobno mam być od tego szczęśliwy. Ja jednak miast wiecznego szczęścia przewiduję rozwolnienie. Jeśli przepowiednia się spełni, zapuszczę dłuższą brodę i ruszę na podbój Indii w charakterze świętego.

Brak komentarzy: