piątek, 28 listopada 2008

Komentarz do wydarzeń w Bombaju

Ze względu na liczne pytania o to, czy żyję i czy nie zostałem zastrzelony – czuję się w obowiązku poruszyć wątek strasznych wydarzeń w Bombaju. Dziwi mnie tylko, że gdy byłem w Polsce podczas zamachów w londyńskim metrze, nikt się nie martwił i nie pytał, czy coś mi się stało – w końcu odległość między Londynem a Polską jest prawie identyczna jak między Bombajem i Kalkutą. Interesująco ujął to Cezar, który niedawno był w Indiach a teraz słucha od rodziny i znajomych komentarzy, jakie to miał szczęście. Na grupie dyskusyjnej pl.rec.turystyka.tramping, posiłkując się statystykami, napisał coś takiego: „W Polsce każdego dnia umiera około 300 osób na choroby nowotworowe, a 400 dowiaduje się że ma raka. Około 300 osób umiera na choroby układu krążenia, około 20 w wypadkach drogowych. Jest dziennie około 10 zabójstw i tyle samo śmiertelnych wypadków w pracy. Do tego około 80 samobójstw. Szansa zginac w zamachu terorystycznym jest przy tym żadna. Już prędzej można wykitowac z powodu ugryzienia przez kleszcza (2-3 przypadki na rok w Polsce).” 

W Kalkucie jest bezpiecznie - nie ma się o co martwić martwić. Dziś zresztą w całych Indiach jest pewnie bezpiecznie, bowiem wszystkie służby postawione są na baczność. To co wydarzyło się w Bombaju jednak zmienia nieco postać rzeczy - do niedawna Indie wśród wielu opinii uchodziły za kraj naprawdę bezpieczny (poza wybranymi rejonami, jak np Kaszmir). Myślę, że ten obraz powoli się zmienia. Większość wszelkich zamachów w wolnych Indiach (pomijając krwawy okres rodzącej się wolności) miała miejsce w 2007 i 2008. Szkoda straszna.

Najstraszniejsze rzeczy wydarzyły się w bombajskich hotelach Oberoi i Taj Mahal. Ja mieszkam w hotelu z tej samej sieci, więc cała służba jest tu postawiona na baczność. By wjechać z ulicy na hotelowy dziedziniec trzeba najpierw wjechać między ustawione specjalne barierki – wtedy strażnicy (uzbrojeni) sprawdzają bagażnik, samochód od środka, zainstalowanymi na kółkach lustrami wjeżdżają pod auto i szukają bomb. Wtedy dopiero otwiera się brama (do niedawna była zawsze otwarta, stali tam tylko strażnicy). Finalnie - przed wejściem do samego hotelu każdy jest prześwietlany - jak na lotnisku. Po zamachu w Bombaju nikomu nie działały żadne karty do drzwi - wszystkie były anulowane i trzeba było pobrać nowe.

Na przekór wszystkiemu, w dzień po zamachu, po powrocie z biura poszedłem na kolację do sympatycznej ulicznej knajpki o dźwięcznej nazwie "Arafat" - oczywiście w muzułmańskiej dzielnicy. Jedzonko jak zawsze palce lizać - za całą równowartość 0,5 Eur. Do tego sympatyczny i gadatliwy kelner. Smutne jest, że na skutek mediów i działalności takich zasrańców jak w Bombaju - przez wielu ludzi każdy Muzułmanin będzie brany za terrorystę. Wszyscy którzy tak myślą, musieliby przyjechać do takich miejsc jak Kalkuta, by zobaczyć, że to normalni ludzi i nie każdy nosi kałasznikowa schowanego w długiej na metr brodzie. Eh...

Zastanawiam się jak potoczą się tu następne dni i jak szybko ludzie przejdą z faktami do codzienności. Jak na razie każdy jest szczerze przejęty a wydarzenia z Bombaju są głównym tematem rozmów. Nie brak też komentarzy, że to pierwszy tego typu atak, zwłaszcza wymierzony w westmenów. Dotychczas zazwyczaj to ugrupowania religijne tłukły się miedzy sobą ale przyjezdnymi się nikt nie przejmował - chyba że chciał na nich zarobić. 

Przerażającym było patrzeć, jak media syciły się rozgrywająca się tragedią. Prześciganie się w nagłówkach typu „wojna”, „bombajski jedenasty września”, itd. No i cała zabawa w numerki – ilość trupów, ilość trupów rasy białej, ilość trupów w mundurach, itp. Liczby i pogłębianie dramatu celem zwiększenia oglądalności. Wyłączyłem TV po kilku minutach. Wszystko co pisał o współczesnym dziennikarstwie już kilka lat temu Kapuściński, jest niestety bolesną prawdą.

Brak komentarzy: