Mieszkańcy Kalkuty lubią się chwalić, że ich miasto jest kulturową stolicą Indii, bowiem stąd pochodzą najznamienitsi artyści kraju. Nie wiem, czy to prawda ale trwający osiem dni Kolkata Film Festival sprawiał wrażenie, iż tak właśnie może być. Osiem dni, kilkanaście kin i przebogaty repertuar – kino ambitne, ciekawe, międzynarodowe i... ani jednej produkcji z Bollywood! Aż dziwne, że to kulturowe wydarzenie nie przyciąga międzynarodowych gości i widzów. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie, bowiem pląsając po terenie Nandanu – dużego kompleksu kinowego, na próżno rozglądałem się za innastrańcami. Również za możliwością kupna biletów – niestety organizacja była dość chaotyczna. Próbowałem podpytywać – ale jak na złość – nie byłem się w stanie z nikim dogadać – hinduskie zamiłowanie do klimatyzacji ustawionej na zamrażanie prawie pozbawiło mnie głosu. Dźwięki które z siebie wydawałem dla próbujących mnie zrozumieć nijak nie przypominały angielskiego. W tej patowej sytuacji rozwiązanie przyszło z najbardziej dziwacznej strony. Będąc prawie niemową tego dnia uzyskałem pomoc od... głuchoniemego Hindusa – obrotnego chłopaka, który mnie zaczepił, zaciągnął do kolejki, a potem poprzez gestykulacje i rysowanie na kartce dał mi do zrozumienia, że dorabia sobie załatwiając bilety (kto pamięta poprzedni system, zapewne pamięta też zawodowych „staczy”). Kolejka była niebosiężna, więc dogadaliśmy się co do godziny i miejsca, wręczyłem chłopakowi kasę na trzy bilety (łącznie z pięć Euro) i... zastanawiałem się czy jeszcze go kiedyś zobaczę – a jeśli – to co za bilety mi przyniesie. Finalnie jednak wszystko było perfekcyjnie. W końcu niemota z niemotą zawsze się jakoś dogada...
Warto wspomnieć o samym repertuarze, bo był przebogaty i interesujący. Filmy z całego świata – nie zabrakło nawet akcentów polskich („Katyń” Wajdy i „Sztuczki” Jakimowskiego). Do tego oddzielna kategoria hinduskich niezależnych wytwórni oraz zbiór filmów dokumentalnych. Kategorię samą w sobie stanowiły filmy Herzoga (niestety – tylko dla zaproszonych gości).
Ze względu na pracę mogłem sobie pozwolić na szaleństwo filmowe jedynie przez weekend – ale wykorzystałem go maksymalnie, oglądając w sumie siedem filmów. Żaden z nich mnie nie rozczarował, a dwa zachwyciły zupełnie. Pierwszy to „XXY” - debiut argentyńskiej reżyserki Luci Puenzo. Przepiękny film o tolerancji a przede wszystkim – o tożsamości. Głównym bohaterem filmu jest piętnastoletni hermafrodyta, borykający się z problemami akceptacji, dorastania i pierwszych miłości. Ale film nie jest o problemie obojnactwa a bardziej – o łatkach na jakie nakłada na nas otoczenie, niezależnie o tego kim jesteśmy lub kim chcielibyśmy być (jeszcze gorzej, gdy nie znamy odpowiedzi na to pytanie). Płeć przewija się tutaj jako jedna z podstawowych łatek – bowiem na jej podstawie oczekujemy od innych określonych zachowań i reakcji.
Kolejny film, który szczerze wszystkim polecam, to „California Dreamin'” - rumuńska produkcja reżyserstwa Cristiana Nemescu. Tym razem zabawny obraz przedstawiający maleńką wioską na rubieżach Rumunii, blokującą z biurokratycznych powodów przejazd pociągu z amerykańskimi żołnierzami do Serbii. Zderzania kultur, wojskowego drygu z lokalnym chaosem i amerykańskich chłopców w mundurach z pełnymi nadziei na ucieczkę lokalnymi dziewczynami – jednym słowem – wybuchowy koktajl wart zobaczenia.
Pozostałe filmy, które udało mi się obejrzeć to: „Nuage” (Sebastian Betbeder, Francja), „The Song of Sparrows” (Majid Majidi, Iran), „Ploy” (Pen-ek-Ratanaruang, Tajlandia), „Samaritan Girl” (Kim Ki Duk, Korea), „The Voice of Ein Harod” (Doron Eran, Izrael). Niestety nie udało mi się załapać na „Sleepwalking Land” z Mozambiku i amerykański dokument „Divide we Fall” - zabrakło dla mnie biletów.
Tyle o filmach. Poza nimi nie zabrakło kilku innych, raczej komicznych akcentów. Po pierwsze, jako jedyny Europejczyk, rzucałem się nieco w oczy i często byłem zaczepiany z pytaniami, czy jestem może z branży filmowej. Jeden młody, nażelowany chłopak w sumie od razu przeszedł do rzeczy i nim cokolwiek zdążyłem powiedzieć, zapytał, czy mógłby u mnie dostać angaż i czy będę kręcił coś w Indiach. Jeszcze inny po prostu podsunął mi pod nos kawałek papieru i długopis. Jak chciał, to ma – podpisałem. Swoje (dosłowne) pięć minut (nieplanowanej) sławy mam już zatem za sobą :-)
Równie zabawnie było w niedziele. Pomiędzy filmami snułem się leniwie między straganami w okolicach New Markt, szukając czegoś do jedzenia, gdy zauważyłem całą zablokowaną uliczkę. Policjanci rozciągnęli sznurki w poprzek ulicy i nie wpuszczali nikogo. Nie wiedziałem o co chodzi ale nie zwalniając kroku ani odrobinę i nie zdradzając niepewności, przeszedłem pod sznurkiem jakby nigdy nic – nikt nie próbował mnie zatrzymywać. Wchodząc głębiej pośród kramy znalazłem ekipę filmową, przygotowującą się do nakręcenia krótkiej sceny – polegającej na przejściu grupy żebraczek poprzez kolorową ulicę. Filmowcy wyglądali na Brytyjczyków. Każdy miał do pomocy swojego Hindusa z parasolką, który chronił filmowca przed słońcem. Ilość osób na planie była wprost szokująca a czas potrzebny na przygotowanie i nakręcenie sceny – niewyobrażalny. Przynajmniej dla mnie – byłem bowiem pierwszy raz w życiu na planie filmowym. Ciekawe doświadczenie.
Na bazarze finalnie nic do jedzenia nie kupiłem a będąc ponaglany czasem (i nieco znużony kilkutygodniowym spożywaniem hinduskich specjałów), wbiegłem po drodze do (o zgrozo!) KFC usytuowanego na parterze kina New Empire. I tutaj – szok – a może przeznaczenie, połączone z prześladowaniem – cała obsługa restauracji głuchoniema! Było bardzo serdecznie i sympatycznie i w sumie udało mi się nawet miło z obsługą „porozmawiać”.
I to już wszystko o czternastym Kalkuckim Festiwalu Filmowym.