W końcu odnalazłem bazar w stylu, jaki lubię. Zapachy, przyprawy, owoce, rzeczy porozkładane niemalże na ulicy. Bagbazar w okolicach stacji kolejowej. Tłoczno i gwarno. Przy głównej ulicy tłoczą się ciężarówki z towarem. Bosonodzy tragarze roznoszą na swych głowach wielkie pakunki do sklepów – czasem na dystansie kilkuset metrów. Mordercza praca, podobnie jak życie rikszarzy. Ci ostatni mają tu wzięcie i często widać, że miejscowi chętniej wybierają riksze ciągnięte przez ludzi, niż te motorowe, które wymagają więcej miejsca i łatwo mogą utknąć w ulicznych korkach. Żółte taksówki stoją na uboczu, niechciane, drogie, nieprzystające. Pośród kierowców rodzi się ożywanie, kiedy przechodzi tędy jakiś zagubiony białas. Ale przyjezdnych tu niewielu, bo w Kalkucie tak naprawdę nie ma co oglądać. Brak tu spektakularnej architektury. Główna świątynia to kurnik, w porównaniu z tym, co znajdziemy na przykład w Jaipurze, Delhi czy Maduraju. Za to miasto ma swoją własną, niezniszczoną przez turystów atmosferę. Wciąż możemy liczyć na to, że ktoś z nami pogawędzi, ot tak, po prostu, z ciekawości – bez wyciągania łapki. Choć akurat na Bagbazarze ludzie patrzą na mnie nieufnie. Niepewnie wyjmuję z plecaka aparat, nie chcąc nim pogłębiać dystansu, jednak nie mogę się powstrzymać przed pstryknięciem paru fotek.
Kiedy przyjechałem do Kalkuty, na początku Diwali, nie mogłem się nadziwić tłokom. Myślałem, że to z okazji święta. Diwali musiało przeminąć, bym zrozumiał, że w święto większość ludzi siedziała w domach. To co się dzieje teraz jest wprost nieprawdopodobne! Chodzenie po ulicy, nie wspominając o bazarach, to prawdziwa walka o skrawek miejsca, przepychanka, ocieranie się, zderzanie. Wszystko w rytm muzyki, przekrzykujących się sprzedawców, klaksonów. Hinduski standard razy dziesięć. Nie dziwie się tym, którzy w pewnym momencie, po iluś latach, przestali wytrzymywać taką codzienność, których ten ciągły chaos i zgiełk doprowadził do obłędu. Wykrzykują w powietrze tajemnicze hasła i wymachują rękoma, gdy czekają na przejściach. Znów Bagbazar. Wychudzony, półnagi młody mężczyzna podnosi z ziemi kupkę śmieci – resztki gazet, skórki guawy – i zaczyna to żuć, przeciskając się sennie przez tłum.
Zakręt, kolejna uliczka. Na długości dwustu, może trzystu metrów sklepy jubilerskie – bez wyjątku, po obu stronach ulicy. Przed sklepami siedzą w kucki sprzedawcy z rozłożonymi na gazetach bransoletkami i wisiorkami, dając przedsmak tego, co znajdziemy w środku. Hindusi lubią chyba organizować bazary tematycznie. Szukając czegoś dojedzenia, czasem możemy się srodze nachodzić, innym razem znajdziemy knajpkę przy knajpce. Znajomy właściciel sklepu z materiałami powiedział mi, że jego konkurencja w Kalkucie to dziesięć tysięcy innych sklepików i kramów. Patrząc na znikomą ilość turystów, większość z nich musi wyżywić się z lokalnej sprzedaży. Wyżywić lub wygłodzić...




