sobota, 1 listopada 2008

Poświąteczny Bagbazar

W końcu odnalazłem bazar w stylu, jaki lubię. Zapachy, przyprawy, owoce, rzeczy porozkładane niemalże na ulicy. Bagbazar w okolicach stacji kolejowej. Tłoczno i gwarno. Przy głównej ulicy tłoczą się ciężarówki z towarem. Bosonodzy tragarze roznoszą na swych głowach wielkie pakunki do sklepów – czasem na dystansie kilkuset metrów. Mordercza praca, podobnie jak życie rikszarzy. Ci ostatni mają tu wzięcie i często widać, że miejscowi chętniej wybierają riksze ciągnięte przez ludzi, niż te motorowe, które wymagają więcej miejsca i łatwo mogą utknąć w ulicznych korkach. Żółte taksówki stoją na uboczu, niechciane, drogie, nieprzystające. Pośród kierowców rodzi się ożywanie, kiedy przechodzi tędy jakiś zagubiony białas. Ale przyjezdnych tu niewielu, bo w Kalkucie tak naprawdę nie ma co oglądać. Brak tu spektakularnej architektury. Główna świątynia to kurnik, w porównaniu z tym, co znajdziemy na przykład w Jaipurze, Delhi czy Maduraju. Za to miasto ma swoją własną, niezniszczoną przez turystów atmosferę. Wciąż możemy liczyć na to, że ktoś z nami pogawędzi, ot tak, po prostu, z ciekawości – bez wyciągania łapki. Choć akurat na Bagbazarze ludzie patrzą na mnie nieufnie. Niepewnie wyjmuję z plecaka aparat, nie chcąc nim pogłębiać dystansu, jednak nie mogę się powstrzymać przed pstryknięciem paru fotek.

Kiedy przyjechałem do Kalkuty, na początku Diwali, nie mogłem się nadziwić tłokom. Myślałem, że to z okazji święta. Diwali musiało przeminąć, bym zrozumiał, że w święto większość ludzi siedziała w domach. To co się dzieje teraz jest wprost nieprawdopodobne! Chodzenie po ulicy, nie wspominając o bazarach, to prawdziwa walka o skrawek miejsca, przepychanka, ocieranie się, zderzanie. Wszystko w rytm muzyki, przekrzykujących się sprzedawców, klaksonów. Hinduski standard razy dziesięć. Nie dziwie się tym, którzy w pewnym momencie, po iluś latach, przestali wytrzymywać taką codzienność, których ten ciągły chaos i zgiełk doprowadził do obłędu. Wykrzykują w powietrze tajemnicze hasła i wymachują rękoma, gdy czekają na przejściach. Znów Bagbazar. Wychudzony, półnagi młody mężczyzna podnosi z ziemi kupkę śmieci – resztki gazet, skórki guawy – i zaczyna to żuć, przeciskając się sennie przez tłum.

Zakręt, kolejna uliczka. Na długości dwustu, może trzystu metrów sklepy jubilerskie – bez wyjątku, po obu stronach ulicy. Przed sklepami siedzą w kucki sprzedawcy z rozłożonymi na gazetach bransoletkami i wisiorkami, dając przedsmak tego, co znajdziemy w środku. Hindusi lubią chyba organizować bazary tematycznie. Szukając czegoś dojedzenia, czasem możemy się srodze nachodzić, innym razem znajdziemy knajpkę przy knajpce. Znajomy właściciel sklepu z materiałami powiedział mi, że jego konkurencja w Kalkucie to dziesięć tysięcy innych sklepików i kramów. Patrząc na znikomą ilość turystów, większość z nich musi wyżywić się z lokalnej sprzedaży. Wyżywić lub wygłodzić...



piątek, 31 października 2008

Marzanna

Marzanna? No tak prawie. Tyle tylko, że w październiku, tyle tylko, że z wywalonym na wierzchu, krwawym językiem, pośród huku petard i bębnów. Kalkuckie Diwali – dzień trzeci. Późnym wieczorem (hmmm – jak go odróżnić od wczesnej nocy?) procesje ciężarówek snują się przez miasto. Na każdej z nich – obowiązkowo – posąg bogini Kali. Na każdej z nich – krewni i znajomi, ścisk taki, że ci przy burtach mają wyłupiaste oczy. Co bogatsze ciężarówki oświetlone mocno reflektorami – zasilanie do nich pobierane z agregatorów, które, paradoksalnie jadą za ciężarówkami na rowerach, pchanych przez wychudzonych nieszczęśników. Policja dyryguje ruchem. Procesje mają wszędzie pierwszeństwo. Rada miasta uchwaliła tylko w jakich godzinach mogą się przemieszczać – by zachować względny ład w i tak zakorkowanym mieście. Uchwalono też maksymalną wysokość posągów – by nie zrywały linii elektrycznych, luźno porozrzucanych między domami. Kiedy procesja zwalnia (na przykład przy skrzyżowaniach), rodziny zeskakują z ciężarówek i odprawiają popisowy taniec. Czasem muzycy i reprezentanci rodzin kroczą przez cały czas dumnie przed ciężarówkami. Każda rodzina wybija własne rytmy – z oddali istna kakofonia, z bliska – zgrany i szybki rytm.

Pchany ciekawością podążam za całą procesją, trzymając się możliwe najbardziej z boku, próbując nie przeszkadzać w lokalnym obrzędzie. Nie da się. Samotny turysta zawsze się gdzieś wkręci, a jeśli nie – zostanie wkręcony. Nawet nie wiem kiedy grupa starszych mężczyzn łapie mnie za ręce i ciągnie w tłum. Wsadzają mi w dłonie jakiś religijny symbol na długim kiju i wypychają na czoło swojej rodzinnej procesji. Co chwila ktoś tylko poucza mnie, bym dziarsko podrygiwał w rytm bębnów. A do tego mnóstwo klepań po plecach, uśmiechów i tradycyjnych pytań o imię i kraj. Odpowiadam zwykle że jestem z Indii – i tak nikt nie słucha odpowiedzi. Albo nie słyszy – w ogólnym harmidrze.

No i wreszcie wyjaśnia się o co chodzi. Docieramy nad rzekę Hooghly – bądź co bądź odnogę świętego Gangesu. Na brzegu mnóstwo ludzi, część mocno pogrążona w modlitwie. Od strony ulicy co rusz nadciągają kolejne posągi zdjęte z ciężarówek. Mężczyźni uginają się pod ich ciężarem. I tak – jedne po drugiej boginie Kali lądują na plecach w rzece i odpływają z jej nurtem. Rodziny szybko obmywają się i odchodzą, robiąc miejsce dla następnych. Procesja liczy bowiem przynajmniej kilkaset ciężarówek. Zajmuje kilka godzin, nim ostatni dochowają tradycji.

Do ostatniego obrzędu nie zostałem dopuszczony. Na krótko nim doszliśmy do rzeki, rodzina z którą wędrowałem i (nazwijmy to) tańczyłem – wyściskała mnie i podziękowała. To co było dalej – było już bardziej osobiste. Nie dla niewiernych. Ale miałem możliwość obserwowania z boku. Później, kiedy już sennie wlokłem się przez ulice do hotelu, zostałem (nie wiem jak!) odnaleziony przez tych samych ludzi i zaproszony na szybką herbatkę. A później – znów długi i samotny spacer a obok mnie ciągnęła się, jakby w nieskończoność, procesja tych, którzy jeszcze nie spławili swojej Kali. Przy drodze, co jakiś czas, leżały nieszczęsne roztrzaskane posągi, które niefortunnie pospadały z ciężarówek, nim dotarły do rzeki.  

wtorek, 28 października 2008

Hare Diwali Amen

Wszystkiego najlepszego z okazji Diwali - święta świateł. Może to też być i święto krwi - zważywszy na ilość ofiar ze zwierząt. Słowo "kozioł ofiarny" nabiera tu bardzo dosłownego znaczenia. Zabite zwierzę zabiera od nas nasze winy i złe myśli. Diwali podglądałem głównie w świątyni Kali. Zarówno rano jak i wieczorem. Wieczorem można zobaczyć pełen obraz święta. Wszędzie płoną świece, na niebie rozbłyskują fajerwerki, zewsząd dobiega muzyka. Chaos, a raczej - burdel zupełny. Ale widać po Hindusach, że przeżywają to i w głębi ducha się modlą. Obserwatorowi z zewnątrz ciężko to ogarnąć ale wygląda to interesująco.

Ciekawostką samą w sobie jest kalkuckie metro. Czyste i schludne. Wygląda zupełnie inaczej niż świat na zewnątrz. Jest tylko jedna nitka, wiec trudno się pogubić. Bilety, jak dla nas, tanie jak barszcz (około 0,1euro) jednak to i tak za dużo by mogli tym jeździć biedacy. Dlatego w wagonach widać przede wszystkich szczury klasy średniej - wszyscy w koszulach, tylko jeden ja w krótkich gaciach i t-shircie. W wagonach są oddzielne miejsca dla kobiet. Wielką pomyłką byłoby tam usiąść. Kobiety siedzą w środku wagonu, mężczyźni po bokach. Dzięki temu mogą sobie bezkarnie łypać na kobitki i robią to ostentacyjnie. Aha - porobiłem statystyki - na dziesięciu Hindusów z metra, ośmiu ma wąsy...

W środku dnia pospacerowałem nad świętą rzekę Hooghly, gdzie mają być ghaty - miejsca rytualnych ablucji i pogrzebów. Wyobrażałem to sobie jako wyselekcjonowane i zadbane miejsce, może na terenie jakiejś świątyni (jak to jest np. w Katmandu). Gdzie tam! Obok przystani promowej, pośród łodzi i pływających w wodzie butelek, śmieci, nadgniłych roślin, gówien i wszystkiego co tylko może pływać, ludzie obmywali się w skupieniu i modlili. Oni chyba mają fantastyczną zdolność izolowania się od otoczenia. Na swoim metrze kwadratowym, który aktualnie zajmują, mają swój świat i nic więcej ich nie obchodzi.

W drodze powrotnej załapałem się na jakiś "koncert" w stylu harikriszna. Stanąłem sobie grzecznie z boku ale się nie dało – każdy chciał pogadać z białą małpą z Holandii (tradycyjne rozumieli „Holland" zamiast "Poland"). Posadzili mnie w pierwszym rzędzie, nakarmili ryżem z orzeszkami i rodzynkami i kazali śpiewać coś w stylu „rama narama ram". Podobno mam być od tego szczęśliwy. Ja jednak miast wiecznego szczęścia przewiduję rozwolnienie. Jeśli przepowiednia się spełni, zapuszczę dłuższą brodę i ruszę na podbój Indii w charakterze świętego.

poniedziałek, 27 października 2008

Kolejny rozdział

I tak oto zakalkuciło mi się w życiu – nowy rozdział, rozpoczęty ciekawym przelotem Emirates Airlines. Takich cudów na pokładzie jeszcze nie widziałem – na indywidualnych monitorkach odbierać można obraz z kamer na zewnątrz samolotu, do wyboru kilkadziesiąt filmów, etc. A na pokładzie – sami Hindusi, hinduskie jedzenie, hinduska muzyka i... chińskie stewardesy. Arabów jak na lekarstwo, mimo że lot przez Dubaj.

Kalkuta jest świeżo po monsunie. Wciąż odnaleźć można podtopione ulice. Widok bosonogich rikszarzy ciągnących wysokie dwukółki jest dość częsty – to ostatnie miejsce w Indiach, gdzie tego typu riksze przetrwały. Przed moim przyjazdem znajomi Hindusi z Mombaju i Hyderabadu straszyli mnie, że Kalkuta to najbrudniejsze miasto w kraju. Jak na razie nie zauważyłem, by odbiegało od standardów. Pierwsze wrażenie raczej sympatycznie. Zamieszkałem w centrum, w okolicach New Markt. Zapchane do granic możliwości uliczki pełne straganów z ciuchami, paskami, okularami, walizkami i starymi czasopismami. Wszystko odświętnie ustrojone, upstrzone światełkami i girlandami – trwają przygotowania do Diwali – głównego hinduistycznego święta.

Pierwszy spacer po okolicach. Kilka kin (trzeba koniecznie pójść!), stacja metro (pierwsze w Indiach), główny dworzec autobusowy i kilkanaście zaczepień, ofert sprzedaży, pytań o pieniądze, etc. Wszystko w normie – znów jestem w Indiach! Tu zawsze warto wracać...  

poniedziałek, 13 października 2008

Wenecja - fotograficznie

Wenecja to jeden wielki plener fotograficzny. No – może nie cała. Na Placu św Marka możemy co najwyżej sfotografować innych turystów, chyba, że przyjdziemy tam o drugiej w nocy (warto, zwłaszcza podczas aqua alta – regularnych weneckich powodzi!). Najpiękniejsze smaczki dla fotografa kryją się jednak z dala od najbardziej uczęszczanych ulic. Warto zatem zagubić się pośród plątaniny kanałów i wąskich uliczek, gdzie Wenecja żyje własnym, nieturystycznym życiem lub robi wrażenie opuszczonej, wymarłej. Tych ostatnich miejsc nie brak, bowiem Wenecja nie jest łatwym (i tanim) miejscem do życia. Wielu jej mieszkańców przeniosło się na stały ląd. Mimo wielu wolnych domów, ceny nieruchomości pozostają tu jednak nieziemsko wysokie.

Ale miałem przecież o fotografii. Wenecja jest wdzięcznym tematem, jednak wcale niełatwym. Podczas krótkiej wycieczki do tego miasta, ugrzęźniemy zapewne w tłumie oraz w zdjęciach Wielkiego Kanału pstrykanych wprost z łodzi. Do tego dojdą klasyczne widoki na pomniejsze kanały robione „na wprost” z licznych mostów i obowiązkowe fotografie gondoli. Odnalezienie innych plenerów na wyspie wymaga czasu – tak samo zresztą jak i jej poznanie. By zobaczyć Wenecję, trzeba naprawdę przynajmniej kilku dni i odrobiny spokoju. W turystycznym biegu nabawimy się co najwyżej frustracji z powodu tłumów i wysokich cen.

Ale miałem przecież o fotografii :-) Jeśli skupimy się na zdjęciach wewnątrz wyspy, nasza perspektywa zdecydowanie się skróci a światło będzie się przed nami chować. W najlepszych porach do fotografowania Wenecja jest ciemna, ukryta w cieniach budynków. Pozostaje nam zatem środek dnia, kiedy słońce jest na tyle wysoko, by rozświetlić wąskie kanały i zapomniane placyki. Wtedy też stare, zmurszałe mury zaczną odkrywać swoje barwy a woda w kanałach będzie odbijać światło, malując na ścianach ciekawe esy floresy. Innym rozwiązaniem jest noc. Wenecja staje się wtedy wyludniona, tajemnicza. Samo snucie się po odległych ulicach w rytm własnych kroków jest już ciekawym doznaniem. A z mroku i nowych barw wydobywających się pod wpływem ulicznego oświetlenia, uzyskamy ciekawe ujęcia. W sumie przez dłuższy czas nie umiałem znaleźć koncepcji na Wenecję za dnia. Może dalej jej nie mam – ale, na szczęście, fotografikiem nie jestem. Po prostu – robienie zdjęć w Wenecji sprawia mi frajdę, tak jak odkrywanie za każdym razem nowych zakamarków. Aparat staje się czasem jedynie pretekstem do zaglądania do nich. A jeśli mamy akurat wenę... powinniśmy być w stanie coś wyczarować.

Miniony weekend właściwie w całości przewłóczyłem się po Wenecji. I znów udało mi się odkryć nowe miejsca, mimo że spędziłem w tym mieście łącznie ponad rok życia. I to bliżej niż myślałem – dzielnica Ghetto, praktycznie przy samym dworcu. Jak sama nazwa wskazuje, oryginalnie była to wydzielona część miast dla Żydów. Zresztą samo słowo „ghetto” pochodzi z dialektu weneckiego i zostało później zaadoptowane przez inne języki.

Ghetto jest miejscem żywym, autentycznym. Tutaj znajdziemy klasyczne weneckie sceny znane z albumów, jak choćby pranie rozwieszone nad ulicą. Nie zabraknie lokalnych sklepików i małych kafejek, do których uczęszczają prawie wyłącznie okoliczni mieszkańcy. Wchodząc nieco głębiej – pośród wąskich i długich ulic kończących się niespodziewanie w kanałach, znajdziemy też oznaki biedy i zapomnienia. Nie wszyscy w Wenecji wiodą dostatnie życie. Warto przespacerować się tutaj nie tylko dla zdjęć ale przede wszystkim, by podejrzeć żywą Wenecję. Zwłaszcza w środku tygodnia, w porannych godzinach, kiedy miasto budzi się ze snu. Jest to zupełnie inny zgiełk, niż ten który znamy z pełnych samochodów, zadymionych miast. Wszystko dzieje się jakby senniej, jakby trochę w innej epoce, w innym wymiarze. Realia życia ulokowanego pomiędzy mostami, kanałami i ciągłą ciasnotą, są nieco inne. Jest w tym pewna doza romantyzmu, smutku, piękna i brzydoty, biedy i artystycznej arystokracji.

Ale miałem przecież o fotografii... A właściwie – i tak już za dużo napisałem. Poniżej trzy fotki z ostatniej weneckiej włóczęgi. Trochę starych zdjęć z tego miasta i okolicznych wysp można też znaleźć w mojej galerii.



czwartek, 2 października 2008

Jeszcze o Sycylii – nieco kulinarnie

Kiedy wybierałem się na Sycylię, znajomi Włosi ogromnie rekomendowali mi tamtejszą kuchnię. I trzeba przyznać – mieli rację. Nie sądziłem, iż różnica będzie tak bardzo zauważalna dla przeciętnego „barbarzyńcy” z północy Europy. W końcu rasowy Włoch potrafi odróżnić spaghetti gotowane osiem i dziesięć minut, a dla szczególnych purystów będą to dwa zupełnie różne dania. Tak czy inaczej – jeśli zastosuje się absolutnie konieczną regułę numer jeden – sycylijskie jedzonko potrafi rzeczywiście zachwycić – nawet nieczułych na niuanse smakowe zjadaczy zupek chińskich (takich jak ja). Wspomniana reguła polega zaś na tym, że nie należy, nie wolno (po prostu zabraniam!) konsumować w miejscach turystycznych. Ta stara jak świat zasada tutaj sprawdza się jeszcze bardziej. Jeśli chcecie jeść rozgotowaną, nijaką pastę – możecie spożyć coś na Isola di Ortigia w Siracusie lub w centrum Palermo – ale nie miejcie do mnie pretensji, że przereklamowałem sycylijską kuchnię. Trzeba podążać za lokalnymi Włochami niczym za białym króliczkiem. A ci zazwyczaj spotykają się tłumnie w ustronnych restauracyjkach w ładnie położonych miejscach za miastami. Jak rozpoznać takie miejsca? Po pierwsze – po cenach – jedynie bardziej wyszukane dania powinny przekraczać kwotę dziesięciu Euro a po drugie – po znikomej ilości stolików dwuosobowych. Włosi w takie miejsca przybywają tłumnie – całymi rodzinami lub grupą przyjaciół. Jest zazwyczaj głośno i wesoło. A jedzenie – palce lizać!

Co zatem warto zjeść na Sycylii? Dla mnie wyspa powinna nazywać się Isola di Ricotta, bowiem wszystko, co zawierało ten delikatny serek było tam wprost przepyszne. Ale oczywiście podstawą sycylijskiego jedzonka są owoce morza. Poniżej lista dań i przekąsek, które naprawdę warto spróbować. Większość z nich da się kupić w maleńkich barach i kafeteriach za dwa-trzy euro w ramach popołudniowej przekąski. Wiele z opisanych poniżej dań można zakupić w całych Włoszech ale wierzcie mi – na Sycylii różnica będzie naprawdę zauważalna.

  • Aranchina – obsmażana ryżowa kula zawierająca zazwyczaj mięso mielone (wł. ragu) lub inne wypełnienia, np. szpinak z ricottą. Bardzo syta i tania – świetny patent na szybki lunch.
  • Pesce Spada – czyli ryba miecz – specjalność sycylijska, podawana na wiele różnych sposobów. Charakteryzuje się mocnym smakiem. W sam raz na sympatyczną kolację.
  • Insalata di polipo – to bardziej specjalność regionu Bari ale też osiągalna w wielu miejscach na Sycylii. A jest to po prostu sałatka z ośmiornic. W tradycyjnej wersji składa się właściwie wyłącznie z ośmiornic i odrobiny soku cytrynowego ale istnieje wiele konotacji tej potrawy. Mi najbardziej smakuje w połączeniu z innymi morskimi stworami, choć pewnie będzie to już wtedy Insalata ai frutti di mare. Kupując taki posiłek na Sycylii możemy mieć pewność, że wszystko będzie świeże i smaczne.
  • Granita – coś wspaniałego na upalne dni – przypomina zamrożony sok owocowy i właściwie tym jest. Smakuje o niebo lepiej niż na północy kraju, bowiem na Sycylii używa się do tego świeżo wyciśniętych, pełnych aromatu owoców. Istnieje też granita zrobiona z mocnej, słodkiej, mlecznej kawy – pychota nad pychotami!
  • Na śniadanko polecam różnego rodzaju ciastka (francuskie lub „pączkokształtne”) z nadzieniem z sera ricotta. Za 1,5Euro mamy gwarantowany dobry początek dnia. Specjalnością sycylijską jest brioche e gelato, czyli bułka z lodem w środku. Do kupienia w każdej cukierni lub kafejce.
  • Na koniec coś, czego włoskiej nazwy nie pamiętam – specjalność regionu – kuskus z kawałkami różnych gatunków ryb i owoców morza podany wraz z rzadką rybną zupą pomidorową – można się zakochać.
  • Amatorom lokalnych trunków polecam (ze słyszenia – bo nie próbowałem) limoncello – likier cytrynowy pochodzący rdzennie z Sycylii. Alkohol ten można w wersji butelkowej pewnie kupić i w polskich sklepach, jednak na Sycylii, w lokalnych knajpkach, często sprzedaje się domowej roboty limoncello – podobno różnica ogromna.

I tak oto, chyba pierwszy raz w życiu, zabawiłem się w relację podróżowania kulinarnego. I nawet nie jest mi wstyd :-) Po prostu – życzę smacznego!

środa, 1 października 2008

Sycylia - raj na wulkanie

W miniony weekend (przedłużony o dwa dni) wyskoczyłem na słoneczną Sycylię. Warto było! Pogubione w "gdziebądziu" starogreckie ruiny (właśnie tak - greckie, nie rzymskie), zatrzymane w czasie wioseczki i przepyszne jedzonko. Mafii nie spotkałem :-) Wybrzeże też ciekawe - lazur wody, etc - ale dość komercyjne. Smaczki są w głębi wyspy. Sporo miasteczek budowanych jest na szczytach gór, na które wjeżdża się ostrymi serpentynami. Inne wybrały sobie zbocza wzgórz. Każdy rząd domów jest o kilka metrów wyżej od poprzedniego a chodniki to niekończące się schody. Jedynie jazda samochodem po tych miasteczkach przyprawiała o ból głowy, zwłaszcza gdy doda się do tego (południowo)włoską „kulturę” jazdy. Zwieńczeniem całego wypadu było wejście na szczyt dymiącej Etny (trochę ponad 3200m npm). Mimo że na wybrzeżu wciąż jest całkiem ciepło, szczyt pokryty jest śniegiem. Wszędzie też widać ślady świeżych erupcji a z krateru regularnie zawiewa siarkowym odorem. Góra bardzo ciekawa. Ja nie miałem szczęścia do pogody ale i tak jestem zadowolony. Udało mi się podpiąć pod szczytem do wycieczki włoskich trekkerów. Szli z dwójką wulkanologów mówiących o dziwo w lengłidżu, wiec można było się to i owo dowiedzieć. Włosi zachowywali się bardzo luzacko. Tarzali się w śniegu, rzucali śnieżkami, co chwila ktoś kogoś zaczepiał, przewracał itd. (wszyscy byli przynajmniej po czterdziestce). Byli bardzo mili dla mnie. Po raz kolejny doświadczam tego, że Włoch będzie albo traktował obcokrajowca jak śmiecia albo jak członka rodziny - nigdy pomiędzy. Na południu odczuwa się to jeszcze bardziej.